Czym jest dla mnie survival i co mi on daje?

Coś długo mnie tu nie było. Tak to jest jak jest się ograniczonym umysłowo i nie jest się jednostką kreatywną. Życie, jutuberzy (sic!) potrafią zejść ze sceny nawet na kilka lat i wrócić, czasem nawet w ogóle nie wracają i co w tedy?

Czym jest sztuka przetrwania?  Ciocia wikipedia mówi, że to „rodzaj aktywności człowieka skierowanej na gromadzenie wiedzy i umiejętności związanych z przetrwaniem w warunkach ekstremalnych.” Dalej czytając artykuł dowiadujemy się, że jest podział na survival militarny, zielony oraz miejski. Pierwszy polega na nabywaniu (lub utrzymywaniu) sprawności oraz umiejętności dla konkretnego zadania (personalnie myślałem, że tu chodzi o umiejętności typowo wojskowe – obsługa broni, znajomość sprzętu, celność. Taki trep/komandos). Kolejny polega na rozwijaniu się w kierunku samodostarczalności w warunkach odległych od cywilnych, na przykład w górach, albo w lesie. Czyli dobrze mi się kojarzy ta nazwa. Ostatnia nazwa to to samo co survival zielony, tyle że w warunkach urbanizowanych. Tu też trafiłem. 2/3. To ponad 30%, zdałbym maturę z survialu. W nagrodę przyznaję sobie medal z kartofla…

Ale dobra, czym jest survival według mnie, a nie wikipedii? Przede wszystkim survival dla mnie jest stylem życia. Póki co jest to mój jedyny cel egzystencji, a wiele rzeczy jakie robię, nawet w życiu codziennym, jest determinowane właśnie survivalem. Survival jest razem ze mną od najmłodszych lat. Miałem chyba z 10 lat jak zacząłem oglądać Bear’a Grylls’a. Jegomość jest bohaterem mojego dzieciństwa, był moim idolem. Pamiętam jak robiłem telefonem z aparatem 1mpx zdjęcia mojego bohatera. Chciałem być taki jak on.

wiesz co się liczy? Zawartość białka w dżdżownicy(źródło: http://memy.pl/show/big/uploads/Post/252/14337783847661.jpg )
Teraz ten pan nie jest dla mnie autorytetem, tylko zwykłym aktorem. W środowisku survivalowym także nie uchodzi za coś poważnego. Podobno jego praktyki nie są do końca bezpieczne, w szczególności dla zwykłego śmiertelnika. W sumie to jest mi to ciężko wyobrazić sytuację, w której ktoś się gdzieś rozbija i mówi „Wczoraj akurat był o tym odcinek w szkole przetrwania. Dam radę!”. Oczywiście, taki człowiek będzie miał +30 do morali, ale co z tego, jak skacząc z 40 m do wody jak ‚Grizli’ połamie sobie nogi i żebra, a za moment się utopi. Bo nie wiem czy wiecie, ale woda to niezbyt dobry cel do skoków z takiej wysokości (w brew pozorom co sugeruje kultura popularna). Ale dobra, zostawmy tego pana w spokoju. Zarzucać mu niewiarygodność to tak jakby zarzucać niewiarygodności filmom popularnonaukowym. To są po prostu ciekawostki, żeby sobie pooglądać przy niedzielnym obiadku. Ciężko by ktoś po obejrzeniu takiego filmu popularnonaukowego skonstruował bombę termojądrową. A nawet jeśli, to czy ona będzie działać?

obiad gryllsa w plenerze(źródło: http://demotywatory.pl//uploads/201005/1274975445_by_sakrum123_600.jpg )
Sztuka przerwania jest też dla mnie… uwaga… sztuką! Jak widzę, co niektórzy potrafią zrobić z tego co mają, to jak potrafią sobie poradzić, jak bardzo mają psychikę ze stali, to aż chcę płakać ze wzruszenia. Kamienny toporek jest dla mnie pięknem, a umiejętność dostosowania się jednostki do klimatu jest  kunsztem, arcydziełem. Bo to my jesteśmy rzeźbami i obrazami jakie kreujemy. Malujemy obrazy naszymi czynami, rzeźbimy naszymi umiejętnościami.

A co mi daje ta cała sztuka? Gdybym musiałbym wymienić jedną rzecz, to byłby to komfort psychiczny. Dobrze się czuję, kiedy jestem głodny, a wyobrażam sobie, że jestem w lesie. Czasami w tedy lubię nawet się delektować uczuciem głodu. Jedzenie też mi tak nie smakuje jak zrobione na dziko. I choćby to miałaby być sama mąka z wodą… ewentualnie ciastka z wegetą (sprawdzałem, 8/10 ). Z resztą, jeśli chodzi o jedzenie, to mam ten luksus, że mam osłabiony zmysł smaku i dla mnie liczą się najczęściej inne aspekty pożywienia niż smak. Na przykład forma wykonania, albo zapach. Dlatego problemem nie jest żeby chleb był dla mnie przekąską. Bez masła, bez szynki, sam chleb. Czy świeży czy nie, choć przyznam, że najbardziej lubię świeży jak i w formie sucharów. Oczywiście, chleb jako przekąskę stosuję w ramach „dyscypliny żołądkowej”. Czyli kiedy wiem, że nie jestem głodny, a chciałbym coś zjeść ot tak. Chodzi o to by nie dostarczać nadmiaru kalorii, bo skoro ich nie wykorzystam to po co więcej (chodzi o to, że to nie jest dieta jako coś powszechnie uznawanego. Nie przejmuję się zbytnio tym czy schudnę czy pogrubieję. Chodzi o zarządzanie zasobami. Dlatego się zmartwiłem w wakacje, że straciłem prawie 5kg po moim spacerze – bo źle zarządzałem zasobami energetycznymi)?
Po za tym, to survival daje mi motywacje, choćby do życia. Bo szczerze… to nie wiem jak bym zareagował gdyby się nagle okazało że nie mogę się spełniać w tej sferze. Chyba tylko krawat zostałby wtedy do założenia. Ale to tyko gdybanie, nigdy nie byłem w tak krytycznej sytuacji, żeby być pernamentnie odciętym od czegoś co mnie wyraża.

Wspomniałem też wyżej, że sztuka przetrwania jest dla mnie determinacją. Skoro jest determinacją, to daje mi determinację. Determinuje u mnie wiele zachowań, więc siłą rzeczy jest też dla mnie pośrednim źródłem zdobywania wiedzy i umiejętności. Tu nawet nie chodzi o takie rzeczy jak rozpalanie ognia łukiem ogniowym czy też odkażanie wody. Nawet doświadczenia kulinarne determinuję przetrwaniem. To zwykły punkt widzenia, ktoś gotuje bo lubi, ktoś inny bo chce coś smacznego, a ja dla skilla, żeby wiedzieć co potencjalnie mógłbym zrobić w warunkach polowych. A jak się zrobiło jedzenie, to trzeba je zjeść, prawda? Jedząc uczę się nie tylko co mi smakuje, ale również co ile energii mi dostarcza, co mocno syci i na jak długo. Bo co z tego, że warzywka są pożywne, jak jestem typem mięsożernym? A tak to wiem, że jak nie ma mięsa, to dobrze jest się napchać kartoflami na przykład. Albo orzechami. Mój organizm szybko i na długo się nasyci tymi dwoma rzeczami jak nie ma czegoś mięsnego. Dodatkowo przypadkowo odkryłem swojego czasu, że ok 300g orzechów ziemnych jest wstanie mnie nasycić na cały dzień. Lubię znać takie dane. Kolejnym nietypowym aspektem survivalu jest spanie. Wiem, że w lesie szybciej ładuję baterię niż w domu, wiem mniej więcej jak ważne są nawyki związane ze snem. Dodatkowo, już 2.5 roku śpię na podłodze. Po prostu pozbyłem się łóżka. Chodzi o to by nie być uzależnionym od nadmiernej wygody. Normalnie śpię na gołych deskach, ale jak jest mi za zimno, lub chcę mieć bardziej miękko, to w tedy kładę się na pościeli. W warunkach szczególnych pozwalam się zdrzemnąć na kanapie, a jak jestem w gościach a nie chce robić cyrku to śpię normalnie w łóżku. Ale szczerze mówiąc, to po takim czasie to nigdzie indziej mi się tak dobrze nie śpi jak właśnie na deskach.Polecam. Czasami nawet plecy mnie bolą jak nie mam czegoś twardego pod sobą.

you are filled with determination undertale(źródło: https://ih0.redbubble.net/image.204030361.3014/raf,750×1000,075,t,101010:01c5ca27c6.jpg )

Powyższe rzeczy są przykładami. Nie jestem wstanie wymienić wszystkich aspektów survivalu w moim życiu, bo to moje życie jest survivalem.

Reklamy

Wakacje, Wakacje i Po

1 września, godzina 4.35, bombowce nurkujące dowodzone przez Staffelkapitäna Oberleutnanta Brunona Dilleya zaatakowały most w Tczewie. Ponad 5 minut później I dywizjon 76 Pułku Luftwaffe rozpoczął bombardowanie polskiego miasta Wieluń. O 4.45 Niemiecki pancernik szkolny „Schleswig-Holstein” zaczął ostrzał Westerplatte. Natomiast godzinę później holownik „Danzig” odholował okręt w rejony Szańca Mewiego, gdzie stamtąd ostrzał okrętu był kontynuowany. Niemieccy oraz słowaccy żołnierze przekroczyli granicę II Rzeczypospolitej Polskiej bez wypowiedzenia przy tym wojny. Ludzie cierpieli, waliły im się życia, tracili dachy, całe dobytki a nawet żywota w skutek nalotów, ostrzałów i szturmów. Ale to było w ’39, dziś ludzie cierpią, wali im się psychika i tracą motywację do życia w skutek nalotów memów oraz sprawnemu szturmowi śmieszków internetowych mówiących o tym, że wakacje się skończyły. Jestem świadkiem tylu bólu i cierpienia…

1364941695_vjsziq_600
(źródło: http://demotywatory.pl/uploads/201304/1364941695_vjsziq_600.jpg )

Moje wakacje były… Nie wiem, dupy nie urywa, ale nie żałuję. Przede wszystkim zacząłem stawiać bardziej na praktykowanie survivalu niż na jego teoretyczną stronę. Miałem okazję oglądać przecudne góry alpejskie oraz umierać przy +40 stopniach we włochach. Złapałem też pierwszego stopa w życiu, zrobiłem swoją pierwszą samotną wycieczkę pieszą, gdzie robiłem po 25km dziennie przy trudnych warunkach. Zdobyłem swoją pierwszą prawdziwą pracę, zdałem swoją pierwszą poprawkę całoroczną. Dużo tych pierwszych razów… Ah, no i nie mogę zapomnieć o tym, że kupiłem też swój pierwszy łuk bloczkowy.
Ale wszystko po kolei. Moje wakacje oficjalnie rozpoczęły się 28 kwietnia. Dlaczego? Klasa maturalna. Jednak nie było mi dane przystąpić do niej ze względu na niezdaną matematykę, tak więc see ya maturko, widzimy się za rok. Nie żałuję, ale i nie cieszę się, wypełnia mnie marazm w tych, jak i w wielu innych sprawach. Z nudów zacząłem się pomału przełączać na praktyczną stronę nauki survivalu, ale bez szaleństw, bo jestem leniem. Sprawdzałem kilka technik rozpalania ognia, z czego bardzo lubiłem pewną technikę użytkowania krzesiwa, oraz zacząłem coś tam robić w ramach bushcraftu, czyli doskonaliłem personalne umiejętności manualne. Generalnie nic nie wyszło z tego co chciałem zrobić, szkoda, jednak nie ma co opłakiwać, skill zostaje. Udało mi się również wzmocnić trochę psychikę, tzn oswajałem się z ciekawostkami takimi jak pajączki czy inne robaczki. Nie jadłem ich, jeszcze nie tam takiego levela, chociaż przyznam, że mrówki już skosztowałem (smakują jak skórka od cytryny, czyli można by rzec, że są smaczne), ale za to przełamywałem barierę psychiczną i brałem różne leśne żyjątka na rączki i pozwalałem im kroczyć po moim ramieniu.Mimo wszystko dalej potrafię się wystraszyć jak jakiś pająk mi w pokoju z sufitu zjedzie po pajęczynie przed monitor.

Na początku prawdziwych wakacji, tzn. tych klasycznych, lipcowo-sierpniowych, wyjechałem z rodzicami do włoch, a dokładniej do miejscowości Terni. Generalnie to pojechałem tam z dwóch powodów:
1. Podróżowanie przynosi mi przyjemność
2. Góry, góry i jeszcze raz góry
20h jazdy samochodem i tydzień męczenia się w upałach po to, żeby podziwiać Alpy z autostrady. Deal życia normalnie, ale opłacało się, wszystko inne jest nieważne. Dodatkowo mogłem zrobić coś o czym marzyłem gdy byłem w Terni pierwszy raz czyli zdobycie szczytu okolicznej góry. Zdobyłem swój pierwszy szczyt w życiu i to w dodatku samodzielnie. Góra nie jest jakoś specjalnie wymagająca, jednak przyznam się szczerze, że źle się przygotowałem. Przede wszystkim źle obliczyłem czas, myślałem, że 4h mi wystarczy na zdobycie i zejście z tego 200-stu metrowego szczytu, jednak szybko się okazało, że nie wziąłem pod uwagę takich rzeczy jak temperatura powietrza, czy gęstość flory, tak więc szybko spokojna wycieczka zmieniła się w grę na czas. Dodatkowo zabrałem zdecydowanie za mało wody i ta mi się po prostu skończyła w połowie drogi powrotnej. To było hardcorowe, bo każde wyjście na pełne słońce było jak wejście w strefę śmierci, więc jak tylko mogłem, kluczyłem pod liśćmi drzew, a kiedy nie było już takiej możliwości to odpoczywałem dodatkowo kilka minut przed i po wyjściu na otwarte, nasłonecznione pole. Brzmi to zabawne, ale wspinaczka to czynność naprawdę rozgrzewająca, a mi towarzyszyła temperatura ponad 35 stopni. Dodatkowo jestem zimnolubem, co oznacza, że jestem dodatkowo narażony na przegrzanie się.
Podczas tej wycieczki natchnęła mnie pewna myśl. Może i bardzo płytka oraz sztampowa, ale za to jaka prawdziwa. Życie jest jak góry. Niektórzy poddają się już na samą myśl, innych zniechęca sam widok szczytu, inni zaś próbują i albo im się nie udają, albo zdobywają swój sukces. Niektórzy ułatwiają sobie i idą wydeptanymi ścieżkami, a inni wydeptują swoje. Nawet status społeczno-materialny idzie tu odwzorować. Osoba bogata może sobie kupić wygodne buty, dobry sprzęt i zdobyć szczyt bez wysiłku, a ktoś skrajnie biedny musi to zrobić nago. Ktoś z kolei może być cwany i zrobić sobie sandały z kory, wziąć kijka czy w inny sposób ułatwić wspinaczkę, ale również może się trafić taka pierdoła co nawet ze sprzętem zawodowym nie daje rady. Po prostu życie jak na obrazku, wypisz wymaluj.

(Fot. Iluzjusz Mirage)

Miałem też okazję zobaczyć włoskie cmentarze, ponieważ znajomy u którego nocowaliśmy z rodzicami chciał, abyśmy odwiedzili grób jego zmarłej żony. Generalnie przyznam, że spodobała mi się stylistyka cmentarza, wyglądał jak miniaturowa wioska. Urocze.

(Fot. Iluzjusz Mirage)

Jeśli chodzi o atrakcje we włochach dla mnie to byłoby na tyle, ponieważ średnio mnie pasjonuje architektura czy zwiedzanie miast, tak więc kiedy byłem w Pizie to jakoś nie jarało mnie oglądanie wieży. Nie robiłem też nie wiadomo ile zdjęć, bo dla mnie wystarczy, że to po prostu zobaczę. Zrobione fotografia i tak nie oglądam, a nie jestem też nie wiadomo jakim fotografem, żeby szpanować w internetach. Ah… no i nie mogę zapomnieć o cudnym widoku, jaki mnie raczył codziennie, gdy tylko podchodziłem na taras.

20160710_170809

(Fot. Iluzjusz Mirage)

 

Kolejnymi atrakcjami jakie mnie uraczyły w zeszłe wakacje byli znajomi mojej siostry. Ale to nie byle jacy znajomi, tylko znajomi zza granicy. Jeden to jej chłopak, z Węgier, a druga to koleżanka z Serbii. Oznacza to, że musiałem być very english i w ogóle translejtor. Bardzo pozytywnie te dwie osoby wpłynęły na moje umiejętności posługiwania się angielskim, także propsik i ukłony ku egzaminu dojrzałości. Nawet znajomy z klasy nie dawno się zdziwił, co ja tak po angielsku nagle umiem.

Między odwiedzinami chłopaka mojej siostry, a jej koleżanką, postanowiłem zrobić sobie spacerek nad zalew szczeciński, czyli z jakieś 40km w jedną stronę. Malutko, zwłaszcza, że rok temu w wakacje zrobiłem sobie ze znajomymi spacerek 110km po mazurach, też z buta. Jednak ta 40-dziestka mimo wszystko jest dla mnie specjalna. Przede wszystkim to był indywidualny wypad. Kolejnym aspektem jest aspekt survivalu. Ta wyprawa była tak zaplanowana, żeby złamać moje morale, jednak trochę przedobrzyłem. Dlaczego? Brak snu. W noc przed wyjściem źle mi się spało,  i przespałem zaledwie 3h, natomiast kolejną noc w ogóle nie przespałem. Przez jakieś 48h mojej wycieczki nie przespałem prawie nic, tylko tyle co półsny i głęboki relaks, bo po prostu nie byłem wstanie zasnąć. Tak mam, że czasami napadają mnie tzw „bloki bezsenności”, czyli kilka dni pod rząd w którym miewam co najmniej utrudniony dostęp do przeciętnego snu w stopniu niepokojącym. Tak na oko, to statystycznie jeden blok trwa z jakieś 4-5 dni i występuje co 3-4 tygodnie oraz występuje najczęściej w formie mocno przedłużonej latencji snu (normalnie zasypiam po 20-40 minutach, a kiedy mam atak bezsenności to i mogę 5 godzin leżeć w łóżku i nie zasnąć). Ten znaczący niedobór snu bardzo źle się odbił na mojej kondycji co spowodowało, że przejście 20km było dla mnie wysiłkiem takim jakbym przechodził dwa razy tyle. Nawet nie przesadzam, parę razy zdarzało mi się na dobę przejść z obładowanym plecakiem 40km, więc jakiś wgląd mam. Za to przyznam się, że noc przespana w łóżku po powrocie była jedną z najbardziej zajebistych nocy jakie przespałem. Niby na co dzień śpię na podłodze (bo lubię tak), ale byłem w gościach u siostry, to skorzystałem z luksusu zwanym normalnym łóżkiem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak wypocząłem, najczęściej po 14 godzinach snu czuję się jak gówno.
Kolejnym aspektem utrudniającym, było to, że nie jadłem prawie nic. Stawiałem na udoskonalanie umiejętności pozyskiwania pożywienia. Na dobę jadłem zaledwie kilka suchych kromek chleba + owoce czy inne fanty które pozyskałem drogą naturalną. W ciągu 2 dni zrzuciłem 4.5kg! Już widzę te nagłówki reklamowe. „Dietetycy go nienawidzą, jednym prostym trikiem zrzucił 5 kilo!”. Powinienem się z tego cieszyć, że coś zrzuciłem, bo wagowo byłem na granicy lekkiej nadwagi (73kg/170cm wzrostu), a po powrocie uzyskałem wynik „zdrowej masy”. Powinienem, ale się nie cieszę. Dlaczego? Bo to zła wiadomość, która oznacza, że ja jako leśny ludek nie jestem wstanie dostarczyć organizmowi odpowiedniej ilości pożywienia. Obojętnie czy za mało jadłem, czy może mam za szybki metabolizm, obojętne czy to była utrata wody czy utrata kalorii. Faktem jest, że nie byłem wstanie uzystać efektu stagnacji w warunakch bojowych, co na dłuższą metę oznaczałoby wycieńczenie. Niby racja, że kto normalny zapierdala po 20-25km bez snu, jednak mnie to nie pociesza. Moim obowiązkiem, jako survivalisty, jest posiąść takie umiejętności, które zagwarantują mi byt w warunkach co najmniej prymitywnych jak i w skrajnych. Bo jak przyjdzie mi uświadczyć apokalipsę zombie i będę musiał migrować? A gdy wezmą mnie do woja i wyślą na front, moja jednostka zostanie rozbita i będę wystawiony na warunki skrajne? Nie… tego tak nie mogę zostawić.
Dodatkowo, żeby sobie utrudnić wypad, to nie wziąłem takich udogodnień jak latarka, kurtka, śpiwór czy namiot. Za moje schronienie posłużyła mi lekko zniszczona pałatka, a jedyne rzeczy, które mnie miały ogrzewać, to było ubranie, rękawiczki i 2 arafatki. W nocy ogniska nie rozpaliłem,  bo ze względu na źle zorganizowany dzień, pod wieczór byłem zmuszony rozbić „obóz” (czyt. patyki z mchem jako łóżko) w takim miejscu, gdzie rozpalenie ognia szybko skończyłoby się mandatem, co też pocieszne nie było.
Drugą część wyprawy w kierunku zalewu rozpocząłem wcześnie, bo o 5 rano. Jeszcze mgła nie zeszła, ale było w miarę widno, na tyle widno, że mogłem widzieć po czym stąpam. W ogóle to z tym porankiem wiąże się taka zabawna sytuacja, że idąc zainteresował mnie pewien zapach, a po jakiejś minucie okazało się, że to był zapach gnijących zwłok kota… a kwadrans później uświadczyłem takiego widoku:

20160811_061730

(Fot. Iluzjusz Mirage)

Zapowiadało się ciekawie już od samego rana… „Memento Mori Every Day”, jak to lubię mawiać. W ogóle to zdjęcie wykonane w okolicach osady zwanej Tatynia, jak ktoś chce to może się poszwędać, może ta lalka jeszcze tam wisi… W zasadzie to teraz tak sobie myślę, że w sumie mogłem wziąć tego kota, zdjąć lalkę i odprawić jakieś nekromantyczne rytuały, w celu pozyskania sił witalnych, kappa.
Ostatnie kilometry w kierunku zalewu były najtrudniejszymi kilometrami jakie robiłem. No może prawie najtrudniejsze. Trudniej miałem rok temu w mazurach gdzie zrobiłem 20km z mocno nadwyrężonym stawem skokowym. Ból tak mnie rozdzierał w tedy, że każdy krok był niczym stąpanie po ostrzach noży, a ostatnie kilometry to robiłem ze łzami w oczach. Ale w tedy miałem swoich ziomków co dbali o moje morale, także dało się znieść jakoś ten ból. Zaciskało się zęby i za ojczyznę! A w tegorocznym wypadzie byłem sam, byłem zmęczony psychicznie, mięśnie były zniszczone. Po prostu zniszczone. Kroki stawiałem jak staruszek z balkonikiem, dosłownie. Ostatnie kilometry robiłem z prędkością ok 2km/h. Ale widok zalewu był tego warty. Dla was to zwykłe duże jeziorko, dla mnie to był widok chwały i zwycięstwa. Zwycięstwa nad swoimi słabościami, że dopiąłem swego i dałem radę! To było coś niesamowitego.

20160811_150113

(Fot. Iluzjusz Mirage)

Jednak… to był półmetek, a mnie zostało jeszcze 40km do przejścia, by wrócić do Szczecina. W takim stanie wracać pieszo? Myślę, że potrzebowałbym 3 kolejnych dni (zakładając, że przespałbym każdą noc), z czego jedna doba całkowicie poświęcona regeneracji. Było to do zrobienia, jednak… postanowiłem zrobić coś innego. Chciałem zobaczyć jak wygląda łapanie stopa, chciałem to przećwiczyć. W końcu w duchu mam coś z podróżnika, to czemu by nie zaszaleć w te ostatnie wakacje? No… to złapałem takiego stopa, że aż policja mnie zgarnęła. Złapali mnie jak pokemona normalnie. Ale panowie funkcjonariusze byli bardzo uprzejmi i wyrzucili mnie pod samym Szczecinem. Ogóle bardzo im się spodobał mój sposób na rekreację i nawet zachęcali mnie do tego, żebym jednak spróbował studiów leśniczych. Bo opowiadałem im tam, że w sumie to nie wiem czy pójść na jakiekolwiek studia. Było ogólnie bardzo przyjemnie, a przy okazji poopowiadali mi jak wygląda praca w policji.

 

Gdy wróciłem do domu, to czekała tam na mnie paczka. Był to łuk bloczkowy, który zamówiłem specjalnie przed moim wypadem, żeby dotarł do domu wczas. Niestety okazało się, że nie było załączonych strzał do paczki, a ja cały hajs przepierdoliłem na łuk. Musiałem pójść do pracy i zarobić. Pracę załatwił mi znajomy z klasy, gdzie mógłbym się wykazać jako roznosiciel ulotek. uzbierałem 100zł i poszedłem do militarnego. Kupiłem 4 strzały karbonowe za 22zł i jedną najtańszą strzałę drewnianą (drewniaka kupiłem bo chciałem zobaczyć jak się łamie po oddaniu strzału). Całość kosztowało mnie 92zł. Pierwszy strzał z mojego 55-cio funtowego łuku oddał mój ojciec. Nie dość, że chybił, to jeszcze strzała przeleciała z 60m dalej i wbiła się na 5cm komuś w drewnianą szopę. Dobrze, że nikogo nie zabił. Ja z racji tego, że się postanowiłem przeklasyfikować na łucznika leworęcznego (ze względu na to, że lewe oko mam dalekowzroczne i jest celniejsze, pomimo, że prawe mam dominujące), to postanowiłem postrzelać do celu z 10m a nie z 25m jak mój ojciec. Efekt?

20160822_193700

(Fot. Iluzjusz Mirage)

Po prostu wow, mam fajną zabawkę za 350zł która przyda się podczas apokalipsy zombie.Czuję się ekskluzywnie. Tyle, żeby nie było tak różowo… łuk jest tak mocny, że groty strzał karbonowych odpadają już po drugim strzale. Znajomy mi zasugerował, żebym strzelał do worka z piaskiem a nie do desek. Niby racja, ale ja już sprawnych strzał nie mam… i szybko nowych nie kupię, bo wpadłem na pomysł, że bd przetapiał aluminium z puszek na strzały. Może wyjdzie, może nie, na razie jestem w trakcie robienia miecha, a że jestem leniwy… to na razie mam przygotowane, wycięte deski ze sklejki na miech. No i potrzebuję jeszcze kilku elementów, takich jak nawias, czy wkręty. Potrzebowałby też mocnego kawałka folii. Wszystko w swoim czasie, planuję na dniach podjechać do Castoramy czy coś i zakupić potrzebny złom.

 



Źródła na temat 1 września:
http://www.1wrzesnia39.pl/39p/kalendarium-1/8869,1-wrzesnia-1939-piatek.html
https://pl.wikipedia.org/wiki/1_września
https://pl.wikipedia.org/wiki/Atak_słowacki_na_Polskę_1939
https://pl.wikipedia.org/wiki/III_Rzesza
https://pl.wikipedia.org/wiki/II_wojna_światowa
https://pl.wikipedia.org/wiki/Kalendarium_II_wojny_światowej_–_Polska

Trójnaturalizm

Od wielu lat próbuję wykreować swój własny nurt filozoficzny. Wyprofilowany tak, by w całej okazałości pasował do mnie. W sumie to w ten sposób, jak domniemam, rodzą się wszystkie nurty. Ktoś nie może odnaleźć się w pełni w tych sferach, więc robi swoje. Tak jak wspomniał William James w swoim dziele „Pragmatyzm”, każdy człowiek posiada swoją filozofię. Zgadzam się z tym, że każdy z nas jest poniekąd filozofem, posiada swój własny nurt i światopogląd. Więc skoro każdy jest filozofem, to kim jestem ja? Filozofem, rzecz jasna.

Otaczające mnie nurty tylko poniekąd lub wcale do mnie nie przemawiają. Jestem cynikiem, pesymistą, nihilistą (egzystencjalnym, moralnym oraz epistemologicznym), sceptykiem, empirykiem… można wymieniać i wymieniać, jednak są to filozofie, które po prostu pasują, natomiast brak mi tej wiodącej filozofii, na której mógłbym opierać swoje tezy, założenia, argumenty i tak dalej. Tę potrzebę wypełnienia umysłowej pustki mam od wielu lat i wiążę ją bezpośrednio z moją religijną bezstronnością. Przed laty zauważyłem, że temat natury zajmuje specjalne miejsce w moim serduszku, tak więc skoncentrowałem swoje myśli w tym kierunku. Było to dla mnie istotne, ponieważ po intelektualnym średniowieczu, jakim był okres gimnazjum, nastał renesans filozofii, gdzie na nowo, tak jak w podstawówce posiadałem potrzebę rozmyślania na tematy metafizyczne i otaczających mnie bytów. Tak więc zacząłem tworzyć swój system, który się opera na Naturze, wertując przy tym Internet, żeby czasem przypadkowo plagiatu nie zrobić i nie okrzyknąć siebie samego autorem nurtu, który prawdopodobnie istnieje. Jednak jak dotąd znalezione przeze mnie rzeczy prawie w ogóle, nie pasują do mojego systemu. Pierwotnie nazywałem swój nurt Naturalizmem, jednak była to nazwa już zajęta. Później okrzykiwałem siebie naturowiernikiem, ponieważ ze wszystkich idei ta religia wydawała się nawet sympatyczna. Aktualnie swój system nazywam Trójnaturalizmem. Jest to neologizm, w dodatku taki, który zbyt często nie jest używany w Internecie na co wskazują wyszukiwania w google.

Jak już wspomniałem, moja doktryna jest oparta na naturze i to właśnie ją stawiam na podium. Uważam, że Natura jest zbiorowym bytem, który jest bliski absolutu (moja wyobraźnia nie jest wstanie ogarnąć niczego bardziej abstrakcyjnego niż Natura, jednak nie wykluczam, że coś takiego może istnieć). Wszystko wchodzi w skład natury. Ja, drzewo, kamień, beton, słońce. Wszystko co materialne i nie materialne i jest to główne założenie mojej filozofii (w przeciwieństwie do naturalizmu, który uważa jedynie byty materialne za słuszne). Kolejnym istotnym założeniem jest nihilizm, jako założenie, że nie ma niczego jako bytów jedynie słusznych. Następne założenie to brak podziału na dobro i zło. Rzeczy, istoty i wydarzenia mogą być korzystne, lub niekorzystne względem czegoś, jednak same w sobie złem czy dobrem nie są.
Żeby było łatwiej mi rozumieć moje własne przemyślenia postanowiłem także naturę podzielić na trzy subiektywne kategorie (i stąd pochodzi nazwa mojego nurtu). Są to:
1. Natura uniwersalna – Jest to zbiór praw fizyki, biologii, chemii, matematyki itp. To jak działa dane uniwersum, jego mechanika.
2. Natura grupowa – Zbiór cech danej grupy. Mogą to być gatunki zwierząt, rodzaj budulca, konkretne typy itp. Na przykład beton jako ogół
3. Natura indywidualna – Zbiór cech indywidualnej jednostki. Tutaj znajduje się wszystko co tyczy się konkretnej jednostki.

Ważną cechą tego podziału, którego nie umiem do końca przemyśleć jest to, że natura uniwersalna może być naturą indywidualną, natura indywidualna może być grupową itp. Jak? Wystarczy zmienić skalę. Jeśli jednostką jest konkretna komórka, to względem jej planeta może być uniwersum (bo na innej planecie, alternatywne komórki mogą działać inaczej). Natomiast całe uniwersum może być tą jedną jednostką w morzu wymiarów alternatywnych. Bo osobiście nie wykluczam istnienia wielu wymiarów. Z resztą. Uniwersum gry, czy książki też mają swoje mechaniki. Tak samo konkretny gatunek zwierzęcia również może być przykładem natury indywidualnej, jeśli patrzymy akurat na zbiór wszystkich gatunków. Jak już wspomniałem, zależy to od skali i punktu widzenia.

A teraz zagadka na koniec. Co było pierwsze, Bóg czy Natura? ( ͡° ͜ʖ ͡°) Miłego filozofowania.

eLki

Właśnie mija połowa wakacji i tego nie zaprzeczy raczej żaden przeciętny człowiek będący w Polsce. Niby to jest kres moich wakacji, ponieważ ja mam od połowy kwietnia z racji tego, że jestem rocznikiem maturalnym, ale z drugiej strony ktoś inny w ogóle nie ma tyle wolnego, tak więc równowaga wszechświata została zachowana.
Aktualnie siedzę sobie przed laptopem popijając piwo z herbatą wtulony, jak małe dziecko, w pluszowego kotka i przelewam swoje umysłowe ekskrementy do Internetu (tak, mam na myśli ten wpis) i jakoś mija w spokoju wieczór (tak, 0:23 to wieczór). Wczoraj walnąłem sobie kursik samochodem od domu mojej siostry do mnie i jakoś moje myśli powędrowały na przyszłych kierowców, którzy jadą pod znakiem „L”. Moda na eksploatowanie dróg publicznych jest zawsze, jednak ostatnio widuję wyjątkowo dużo dojrzewających kierowców. Fakt, przecież mamy przełom lipiec – sierpień, gdzie z racji dużej ilości tak drogocennego surowca jakim jest wolny czas, często młodzież, ale nie tylko, postanawia rozszerzyć horyzonty. Swoją drogą sprzedaję czaszki, czyli śnieżki z czasu robione. Ktoś chce kupić? Przypomniało mi się jak rok temu sam byłem gówniakiem jadącym 35 km/h po jezdni. Pierwsze lekcje to były emocje. Pierwszy łuk, pierwsza jada na mieście. Pierwsze zwątpienia kiedy się okazało, że gdyby nie instruktor to bym w ciągu 2h zrobił 4 kolizje drogowe. Ten sceptycyzm i rezygnacja kiedy się okazało, że po 20h jazdy dalej nie umiem prawidłowo obsługiwać sprzęgłem, a dźwignia zmiany biegu dalej sprawiało mi kłopot. Ten moment, kiedy chcesz to wszystko rzucić z powodu kolejnego niezdanego egzaminu państwowego. Ogólnie rzecz biorąc wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, iż będę złym kierowcą. Ja to się ma teraz – po roku od rozpoczęcia kursu i po pół roku od kupna swojego złomka? Daję radę, myślę… że idzie mi przeciętnie. Jeszcze nikogo nie zabiłem, a to już coś, niedawno przejechałem kota, kiedy akurat wracałem z ubezpieczalni. Można by rzec, że sam szatan zatwierdził tę transakcję. Nawet kot był czarny jak smoła. Jak przystało na prawie odpowiedzialnego kierowcę, zatrzymałem się, włączyłem awaryjki i obadałem grunt. Kot jeszcze żył, miotał się w konwulsjach, z jego oczodołu prawie wyleciała gałka oczna, ogon zmiażdżony, czaszka rozbita. Medykiem nie jestem, potrafię dokonać diagnozy komputera, nie żywej istoty, ale wydaje mi się, że drgawki mogły wyniknąć w skutek uszkodzenia ośrodka układu nerwowego (i możliwe, że nie czuł bólu). Spoglądałem na kota nieczuły na jego cierpienia. Moja reakcja psychiczna jest dla mnie satysfakcjonująca – szczątkowa empatia. A dlaczego tak? Świat to brutalne miejsce, nie ma miejsca na współczucie. A kot… cóż… wyskoczył mi przed maską jak samobójca, samochód rozpędzony do ok 55 km/h nie był wstanie wyhamować w przedziale 5-ciu metrów. A Selekcja Naturalna nigdy nie śpi. Mimo wszystko trochę żałowałem, że nie wziąłem swojej kosy bojowej +9, byłaby okazja, żeby się trochę we krwi pobabrać i dobić zwierzaka (zawsze trening psychy. A co jeśli kiedyś przyjdzie mi ratować zakrwawionego człowieka? Nie mogę się bać takich rzeczy), a tak to jedyne co mogłem zrobić, to objąć umierającą kotkę swoimi ramionami i położyć w gąszczu trawy coby inne zwierzęta mogły się posilić. Przez chwilę się zastanowiłem nad alternatywnym sposobem dobicia, jednak jedyny pomysł jaki miałem to zmiażdżenie puszki mózgowej swoim ciężkim obuwiem. Jednak strach przed publicznym linczem okolicznej ludności jednak przeważył od tego bestialskiego gestu litości i pozostawiłem, jeszcze żyjącą, kotkę samą sobie. Gdy wróciłem to postanowiłem sprawdzić jak powinien zachować się kierowca w takiej sytuacji. Internet jak zwykle średnio przydatny z racji ogromu informacji. Inni mówili, że jak jest możliwość to powinno się zwierze ratować i chociażby zabrać do weterynarza, inni mówią, że to błąd bo zwierze może być chore i może nas zarazić, część proponowała, żeby absolutnie nic nie robić i nawet się nie zatrzymywać, a jeszcze inne grono ludzi twierdzi, że się powinno wezwać policję. Co ja o tym wszystkim myślę? Nie mam pojęcia, nikt mnie na kursie nie uczył co robić z padliną. Wiadomo mi co zrobić z człowiekiem, ale nie z innymi zwierzętami. Mimo wszystko, w tym wszystkim mogę być dumny z siebie, że zachowałem zimną krew i nie spanikowałem. Była to bardzo istotna lekcja życia dla mnie. Bo łatwo się mówi Memento Mori, kiedy nie ma potrzeby oglądać śmierci. Dobra, nie miałem smęcić o śmierci, tylko pisać o jedzie samochodem. Tak więc odstawmy tego kota na bok, tak jak ja to zrobiłem kilka dni temu i jedźmy dalej.

Wspomniałem, że pomimo przeciwności losu jakie miałem przed uzyskaniem prawka, teraz radzę sobie nie najgorzej. Coraz sprawniej omijam dziury, coraz płynniej i pewniej wyprzedzam innych uczestników ruchu drogowego. Jazda samochodem zaczyna przypominać grę strategiczną na czas, gdzie trzeba wiedzieć jakie ruchy robić, by optymalnie się jeździło. Czy opłaca się teraz zmienić pas? Czy go wyprzedzić? Co zrobi kierowca obok? A ten pieszy na chodniku? On coś szemranie wygląda, lepiej zwolnię bo wygląda jakby chciał zaraz przebiec. Mimo wszystko są też trudności ciężkie do obejścia (nie żeby ocena sytuacji była łatwa). Pomimo iż niebawem wskoczy mi 3000km to dalej biegi sprawiają mi trudność. Nie potrafię tego sprecyzować. Po prostu czasami się gubię, zły bieg się wrzuci, od czasu do czasu tak z dupy wyrzucam bieg sam nie wiedząc czemu, by po chwili wrzucić w powrotem. Coś jakoś tak to wygląda. Inną zabawną cechą jest mój sensoryzm wzrokowy. Pewnie kojarzycie typy takie jak „wzrokowiec”, „słuchowiec” itp. No więc mamy takich wzrokowców. Ja jestem wzrokowcem pomnożonym przez -1, czyli taki antagonista. Przejawia się to u mnie w ten sposób, że niektóre bodźce wzrokowe są ignorowane przez mózg, lub dochodzą z dużym opóźnieniem. Mogę wlepiać gały w sygnalizator świetlny, ale i tak czasami nie zauważam kiedy się pojawia zielone. Jedziesz ze mną? Unikaj podczas rozmowy wyrazów, która bezpośrednio wskazują na czynność, którą mogę w tej chwili wykonać samochodem, takie jak Stój, skręć, zatrzymaj się, ruszaj itp. Ile to razy było tak, że stałem na czerwony, znajomy coś tam opowiadał, powiedział „jedź” a ja prawie wystartowałem. Ale im więcej jeżdżę tym coraz łatwiej przychodzi mi niwelować swoje problemy, co jest z resztą chyba naturalne oraz oczywiste. Zaletą w tym wszystkim jest to, że jazda samochodem jest dla mnie ogromną przyjemnością. Gdy jest jakiś quest od znajomego, rodziny, sąsiada, żeby gdzieś kogoś/coś zawieść, pojechać itp. to prawie na pewno się zgodzę. Mógłbym jeździć i jeździć robiąc czasami przerwę na fizjologię. Tak więc przedwczoraj robiłem za szofera mojej siostry i jej chłopaka z Węgier, a dziś czeka mnie jedna z dłuższych wypraw samochodem nad zalew. Także nie narzekam na niedostatek jazdy samochodem.

Wulgaryzmy, chamskość, czarny humor

Wulgaryzmy w kulturze polskiej są dość mocno zakorzenione. Mówi się, że to bardzo dziwne iż konstytucja nie zaczyna się od „My, kurwa, naród polski…”. Osobiście mnie to nie dziwi, bo akurat ten tekst, tak jak większość komunikatów, odbieram dosłownie, jednak zrozumiałem (tak sądzę) przekaz tego „żartu”.


(Źródło: http://vader.joemonster.org/upload/rvg/15248596357deffMy_kurwa_narod.jpg)

Osobiście uważam siebie samego, za osobę wulgarną. O ile nie jestem osobą, która zarzuca kurwami na lewo i prawo, tak jednak bardzo cenię sobie wulgaryzmy wszelkiej maści. Nie ukrywam, najbardziej lubuję się w tych rodowitych, natomiast zagraniczne często korzystam w roli mema. Wyjątkiem tutaj mogą być frazy pochodzące od naszych wschodnich braci – Rosjan. Z racji mojej, dosłownie, malutkiej obsesji na punkcie języka rosyjskiego, zdążyłem sobie wbić do łba Суке Блять czy Иди на хуй na taki poziom, że niekiedy odruchowo się nimi posługuję. Tak jak, ogarnięci szałem na angielski, ludzie przypierdolą gdzieś to krzyczą „Fak!”, tak ja niekiedy krzyknę „Bljadź!”. Mimo wszystko nic nie przebije ukochanej, polskiej, soczystej kurwy. Aż łezka w oku się kręci na myśl frazy „Kurwa, ja pierdolę, moja noga!”, może to łezka bólu, może nie, kto wie?


(Źródło: http://i1.kwejk.pl/k/obrazki/2016/07/8ab49527d63c16b0b083c3b57abc1720.jpg)

Jestem wstanie zrozumieć, że komuś nie do końca pasują wulgarne słowa i staram się to uszanować. Z drugiej strony, również, chciałby, żeby interlokutor szanował moje wulgarne podejście i nie krytykował tego. To znaczy, czasami są przypadki, kiedy rozmowa jest luźna, a człowiek chce się czuć naturalnie. W towarzystwie mogą być osoby, którym wulgaryzmy przeszkadzają. I teraz pytanie czy są to ekstremiści, którzy będą liczyć każdy wulgaryzm i będą to wypominać, czy może są to ludzie pokroju „no spoko, przeciętny człowiek czasami używa takich słów”. Ci drudzy są fajni, bo można pójść na kompromis – oni tam przymkną oko, a taki ja zredukuje swoją prędkość liczoną w kurwach na minutę.
Jest też inna grupa ludzi. Grupa, która uważa, że im przeszkadzają wulgaryzmy, ale stosują ich ocenzurowane, bądź zagwiazdkowane, formy. I to mnie z kolei rozpierdala. Panie i Panowie! Chłopcy i dziewczęta! To tak nie działa! K**wa dalej pozostanie kurwą, dopóty idzie wywnioskować, o jakie słowo chodzi. Jeśli ktoś chce się pobawić w osobę dojrzałą, to niech nie robi takich podchodów. Właśnie… dojrzałość… spotkałem się z opinią, że dzieci wulgaryzują, żeby czuć się doroślej, z kolei dojrzały dorosły człowiek rzekomo źle spogląda na innego dorosłego, który korzysta z takiego płytkiego zasobu słownictwa. Jest to bardzo zabawne, jeśli taką tezę połączymy z osobami, które cenzurują swoje wulgaryzmy. „Ja to nie przeklinam, bo to takie nie dojrzałe”. To jest dla mnie przejaw hipokryzji, lub przynajmniej zakłamania samego siebie. Jak ktoś faktycznie nie lubi takich ciężkich słów, to na pewno poradzi sobie bez gwiazdek i bez słów pokroju „spieprzaj” itp. bo pieprzyć, to można mizerię, a jak ktoś chce się kogoś pozbyć, to można załatwić to w sposób bardziej elokwentny, bądź zabawny. Już nawet „Proszę pana o ulotnienie się z tego miejsca” zdaje się być lepszą alternatywą dla takich osób niż „spieprzaj Pan” lub „Spie**alaj”. Szczególną uwagę tutaj zasługuje wypowiedź mojego znajomego z byłej klasy (który mnie nie lubi, ale jest osobą kulturalną i inteligentną) , gdy ten nie życzył sobie mojej obecność to po prostu do mnie mówił „no brykaj stąd”. W mojej opinii, gwiazdki i łagodniejsze formy wulgaryzmu są dla osób, które nie wykluczają „prostackiego słownictwa”, ale z różnych powodów nie na miejscu byłoby używanie form ostatecznych lub też jako alternatywa, synonim. Sam tak robię chociażby na forach, gdzie wg regulaminu wulgaryzowanie jest zabronione. W tedy się rzuci jakąś „k**wą”, od czasu do czasu celowo pomijając gwizdki, broniąc się, że się człowiek po prostu zapomniał, i jakoś idzie. „Kurna” ten spoko wyraz.

Moja była nauczycielka od Fizyki, z Gimnazjum miała teorię, że polskie wulgaryzmy mają wzięcie ze względu na zbawienne właściwości litery „R”. Mianowicie, chodziło o to, że wyraz posiadający ów literę jest dużo łatwiej nacechować emocjami, niż wyraz, który tejże litery nie posiada, dlatego też na zajęciach, gdy emocje sięgały zenitu, to ona krzyczała „Kurrr…czaczki!”. Było to nawet zabawne, jednak nie wiem ile jest prawdy w tej teorii. Osobiście jednak wolę angielskie Fuck niżeli polskie kurczaki, jednak faktem jest, że osobiście cenię sobie wulgaryzmy  ze względu na ładunek emocji jaki można zawrzeć. Jestem osobą, która jest bezpośrednia, dlatego też dla mnie różnicę robi „bardzo się zdenerwować” a „wkurwić się”. Ten drugi wyraz jest dosadniejszy. Kolejną rzeczą, za którą cenię wulgaryzmy jest to, iż obsługa tak dosadnego słownictwa jest prosta i intuicyjna i nawet jeśli ktoś wymyśli zupełnie nowy wyraz bazujący na istniejących wulgaryzmach (np. „Kurwa – wykurwiać – wykurwiście”, „Spierdalać – Spierdolić – Wypierdalać” itp.), to wiadomo o co chodzi. Zabawną właściwością wulgaryzmu, jaką zauważyłem, jest łatwość interpretacji. Serio. Często miewam problem z interpretacją cudzych intencji, ale gdy ktoś powie (lub napisze) np „Ty kurwo” to w tedy z reguły jestem wstanie zrozumieć intencje. Bo nie zawsze te określenie musi być negatywne. Moi rodzice akurat tego nie rozumieją, jednak, kiedy kogoś darzę naprawdę porządnymi relacjami (np. na poziomie przyjacielskim), to normą jest powyzywanie siebie nawzajem. A dlaczego wspomniałem o rodzicach? Nie dlatego, że słowa kieruję do nich, bo tego akurat nie robię. Jednak mam siostrę, która, zdaje się być moim jedynym przyjacielem. I bardzo często odzywamy się do siebie po chamsku. Bo czemu nie, obaj jeśtemy wstanie określić kiedy jest to na poważnie, a w ten sposób budujemy między sobą relację. Tak to się zaczynało od dzieciństwa – jakieś bójki, wyzwiska, były płacze i bóle. Z czasem zaczęło to przechodzić w formę zabawy i tak to zostało.
Niestety, jednak nie zawsze inni ludzie rozumieją moje motywy. W pierwszym wpisie wspomniałem, iż jestem osobą specyficzną. Na tę specyfikę wpływa między innymi mój styl wypowiedzi. Może on się wydawać elokwentny, z powodu używania różnych słów, takich jak „defenestracja”, a jednocześnie może się wydawać prostacki z powodu mojej bezczelności, mówienia wprost i dosadnie, nie liczący się z emocjami odbiorcy. Po za tym, jakby nie patrzeć, dobrze się czuję w „chamskim” towarzystwie, gdzie siebie można powyzywać i nikt dramy nie robi, tylko się wspólnie śmiejemy.

Skoro wspomniałem o mojej prostackiej części siebie, to także nie może zabraknąć tematu o czarnym humorze. Poprzednie wpisy były sztywne, jak moja babcia na pogrzebie, pod tym względem, sam nawet nie wiem dlaczego. Przecież tak bardzo lubię sobie żartować ze śmierci, że aż sam się zdziwiłem, iż w moich wpisach nawiązań do tego typu rozrywki było tak wiele jak włosów na głowach dzieci z działu onkologicznego. Niewykluczone, iż działają tu podświadome hamulce, mówiące „nie rób tego, bo Cię znienawidzą”. Trudno.


(Źródło: http://iqkartka.pl/cards/1913.png)

Kiedy widzę ofensywną krytykę czarnego humoru, to uśmiecham się pod nosem i myślę, że niektórym przydałby się lekcje zdystansowania, bo tak, śmianie się z depresji może (ale nie musi) być zabawne. Obojętne czy mam czy nie mam depresji. I tu przechodzimy do kolejnego punktu wycieczki, w którym chciałbym zaprezentować ogólno przyjęte podwójne standardy. Człowiek inaczej patrzy na inwalidę, który żartuje z kalectwa, a inaczej patrzy na osobę zdrową, która w ten sposób żartuje. Jesteś Kobietą? Zazdroszczę! Masz taki szeroki wachlarz żartów do opowiedzenia i nikt Cię nie nazwie chamem! Tak samo jak żartowanie o autyźmie absolutnie nikogo nie zrani, jeśli samemu się posiada autyzm. Przede wszystkim należy pamiętać, gust to gust, a ten lubi się różnić. Kogoś bawi czarny humor, ktoś preferuje żarty o jasiu, a jeszcze ktoś inny uwielbia gry słowne. I to jest w porządku! Tak samo jak nikt nie powinien robić dramy o to, czy ktoś słucha rapu czy death metalu. To tylko rozrywka, a człowiek często nie ma wpływu na to co go bawi i interesuje.

Narcyzm gatunkowy

Swoją pierwszą konfrontację światopoglądową miałem dawno temu, jako dziecko uczęszczające do 2 klasy podstawówki. Był to pierwszy moment w moim życiu, kiedy życie poddało próbie moje przemyślenia. Moją oponentką była wychowawczyni, a spór odnosił się do przynależności człowieka do szerszego zbioru. Uważałem, że człowiek jest wyłącznie zwierzęciem i niczym więcej, a nauczycielka sprzeczała się uważając, że człowiek to „nadzwierzę”, że wszystkie zwierzęta, w powszechnym tego słowa znaczeniu, są gorsze, a człowiek to jedyne stworzenie jakie może być uważane za najlepsze. Dyskusja była jałowa, bo nauczycielka argumentowała to wyłącznie powstałymi cywilizacjami i inteligencją, a ja uzasadniałem swoją opinię tym, że człowiekiem rządzą podobne, lub takie same zasady co w przypadku innych zwierząt, że człowiek jest ssakiem, a skoro jest ssakiem to należy do królestwa zwierząt, a to z kolei oznacza, że jest zwierzęciem. Można byłoby pomyśleć, że wypowiedzi nauczycielki miały na celu nie zaburzania światopoglądu innych dzieci. Wiadomo – jest grupka małych dzieci, które nie wiele wiedzą o świecie i nagle jakiś filozof wyskakuje z herezjami i cały porządek młodych umysłów burzy… tyle, że nasza dyskusja była prowadzona w cztery oczy i nie było żadnego świadka naszej rozmowy.  Skoro byliśmy sam na sam, to mogę być niemal pewny, że na prawdę nauczycielka miała szowinistyczny pogląd na ludzi.

Aktualnie dalej przyjmuję postawę, że człowiek nie jest lepszy od innych gatunków i dalej spotykam się z szeroką falą krytyki. Ktoś nawet użył tak słabego argumentu jak „Jak zdasz maturę z biologii to pogadamy”. Jak gdyby egzamin dojrzałości miał cokolwiek z tym wspólnego i od tego zależało czy mówię prawdę.
Uważam, że człowiek nie jest najlepszym gatunkiem. Nawet nie wiem co oznacza „najlepszy gatunek”, ta fraza jest dla mnie zbyt abstrakcyjna, więc przyjmuję, że najlepszy w tym wypadku to stworzenie, które jest najlepsze we wszystkich możliwych dziedzinach, nawet w stawianiu kloca. Bardzo często spotykam się z takimi kontrargumentami jak to, że człowiek jest rzekomo najinteligentniejszym stworzeniem. Przede wszystkim warto wspomnieć, że pod kątem inteligencji, człowiek ma konkurencję, która tak bardzo nie odstaje – delfiny – a przynajmniej tak podają mass media (jednak zanim zdyskredytujecie pojęcie środków masowego przekazu, to chciałbym zaznaczyć, że książki, czy filmy popularnonaukowe też się kwalifikują do tego). Ponad to, kto powiedział, że inteligencja jest najważniejsza ze wszystkich wartości i cech? Człowiek. I dziwnym trafem akurat sam siebie stawia na podium. Równie dobrze pies mógłby uważać, że szczekanie jest najważniejsze. Żeby nie było, jeśli chodzi o inteligencję, to jeden z moich intelokutorów doszedł do nawet ciekawej konkluzji – mianem zwierzęcia dla danego gatunku jest każdy inny gatunek o mniejszej inteligencji. Tak więc pojęcie zwierzęcia jest pojęciem ściśle subiektywnym i jakby UFO kiedyś by nawiązałoby z nami kontakt i możliwe, że dla nich bylibyśmy zwierzętami.
Kolejnym argumentem, który miał mnie zniechęcić do mojego światopoglądu, jest to, że człowiek kreuje cywilizacje. Tutaj ponownie pada pytanie, dlaczego ta wartość miałaby być naj (i te pytanie można zadać wszędzie, dlatego o niej nie będę już wspominał). Ważną informacją jest to, że człowiek nie jest hipsterem w tych tematach – wiele gatunków zwierząt w genach ma napisane, żeby kreować społeczeństwo. Pszczoły czy mrówki to jedne z wielu możliwych opcji. I także są budowniczymi, są podziały społeczne, hierarchia. Ponad to mrówki tak jak człowiek, również potrafią hodować. Grzybiarki hodują grzyby. Warto także zwrócić uwagę, że hurtnice, hodują mszyce i żyją z nimi w symbiozie – Mrówki opiekują się mszycami, chronią przed wrogami, na zimę zapewniają schronienie jajom mszyc, a wszystko po to by „zatrudniać” mszyce do wydobywania spadzi, która to jest pokarmem dla mrówek.
To może technologia? Można nauczyć na przykład psa korzystać z konkretnych urządzeń. Ciężko spodziewać się psa korzystającego z samochodu, ale znany jest przypadek, gdzie pies wykonał samodzielnie połączenie telefoniczne na numer ratunkowy, natomiast kiedy dasz małpie karabin, to musisz się liczyć z tym, że możesz zostać zastrzelony. Jeśli komuś przeszkadza to, że zwierzę musi być specjalnie przeszkolone, to chciałbym przypomnieć, że wielu seniorów nie umie korzystać z komputera, czy telefonu komórkowego, tak samo jak nie każdy człowiek umie jeździć na rowerze. Nawet posługiwanie się widelcem trzeba było się nauczyć, a jeśli ktoś chce powołać się na to, że nie potrzebnie opieram się o np. wyjątkowego psa, który dzwoni na pogotowie, to chciałbym uświadomić, że wiele zawdzięczamy wybitnym, ludzkim jednostkom, a mimo to nikomu nie przeszkadza mówienie, że to człowiek zaprojektował rakietę, a nie wybitne  grono ludzi.
No dobrze, a co z korespondencją? Wielu osób próbowało mi wyperswadować mój pogląd, usiłując zaniżyć rolę zwierząt odnosząc się do ich sposobu komunikowania się, a konkretnie chodzi o brak mowy. Uważam, że nie liczy się forma komunikacji, ale jej skuteczność i nie ma znaczenia, czy ktoś umie mówić, czy może komunikuje się po przez wysyłanie informacji chemicznych. Bo język to nie tylko słowa. Z resztą, jest wiele zaburzeń, gdzie człowiek nie wykształca u siebie umiejętności mowy, a mimo to takiego gagatka nie będziemy traktować jak domowego pupila i nie będziemy mówi, że jest „podczłowiekiem”, a bynajmniej „nie jest to na miejscu”.

Od razu też chciałbym rozczarować ludzi, którzy chcieliby doszukiwać się tu lewicowej propagandy czy coś. Wiecie… równość itp. O ile uważam, że nie ma najlepszego gatunku, to nie znaczy, że każdy jest równy. Jakaś ryba będzie lepsza w pływaniu, a jakiś ssak we wspinaczce po drzewach (Tak samo jak często czarny człowiek lepiej biega, a biały z kolei co innego lepiej robi. To są tak zwane predyspozycje). Odróżniam również pojęcie preferencji. To, że ktoś ceni sobie bardziej człowieka od innych gatunków, nie oznacza, że ta osoba jest szowinistą gatunkowym i vice versa – jak ktoś nisko stawia człowieka to nie znaczy, że jest mizantropem.

Analogicznie do zawyżonego ego człowieka, równie mi przeszkadza nadmierne gloryfikowanie innych zwierząt. To, że jakaś lwica postanowiła adoptować antylopę czy coś w tym podobnego – to nie jest nic specjalnego i jedyne co to oznacza, to to, że po prostu to zrobiła. Nie ma co wzdychać jak zakochany.



Źródła:
Delfiny
Grzybiarki
Hurtnice
Pies dzwoniący na pogotowie

Śmierć patriotom?

Patriotyzm. Czym właściwie jest te, tak często stosowane, słowo? Myślę, że ten moment jest odpowiednią chwilą na zatrzymanie się w tak pędzącym społeczeństwie by pokusić się o chwilę refleksji. Tak więc spokojnie czytelniku zatrzymaj się, przyjmij wygodną pozycję (ewentualnie jeśli tak bardzo chcesz to sobie przyjmij niewygodną) i zastanów się czym akurat dla Ciebie jest patriotyzm.
Już? Zastanowiłeś się? Nie oszukuj, wiem, że tego nie zrobiłeś…

Co mówi słownik? No więc w tym momencie podam kilka definicji dla tego słowa, które pochodzą z różnych źródeł.

Patriotyzm (łac.patria,-ae = ojczyzna, gr.patriotes) – postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar; pełna gotowość do jej obrony, w każdej chwili. Charakteryzuje się też przedkładaniem celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, a także gotowością do pracy dla jej dobra i w razie potrzeby poświęcenia dla niej własnego zdrowia lub życia.

Źródło: Wikipedia

człowiek kochający swoją ojczyznę, gotów do poświęceń dla niej

Źródło: Internetowy słownik języka polskiego PWN

silne przywiązanie, miłość, najczęściej do ojczyzny, poczucie więzi społecznej oraz chęć, gotowość poświęcenia się dla własnego narodu, przy jednoczesnym poszanowaniu innych narodów i ich praw, kultur

Źródło: Internetowy słownik języka polskiego SJP

Jaka jest moja definicja? Jestem osobą silnie przywiązaną do słownikowych definicji i często traktuję słowa w sposób „definicyjny” i w tej kwestii równie często posiłkuję się tymi trzema stronami (najchętniej korzystam z PWN, ale to tak btw). Nie mniej jednak gdybym już musiał wysilić swój, i tak  mierny, intelekt, to osobiście zdefiniowałbym patriotyzm tak:
Patriotyzm – postawa w której jednostka okazuje szacunek do swojej ojczyzny oraz wiąże z nią silne, pozytywne, więzy emocjonalne.

Zdaję sobie sprawie, że są osoby, które sceptycznie podchodzą do wartości patriotycznych. Nie wiem czemu, ale bardzo kojarzą mi się oni z lewicą. Możliwe, że jest to związane z tym całym hype na równouprawnienia, LGBT itp. Sam siebie uważam za osobę apolityczną, nie mniej jednak twierdzę, że patriotyzm jest pozytywną wartością. Chciałbym jednak zaznaczyć, że sam nie jestem patriotą, może najwyżej byłbym skłonny do patriotyzmu lokalnego, jednak z całą pewnością nie jestem patriotą.
Bardzo liczną formą manifestowania swojej patriotycznej postawy jest głoszenie tezy typu „oddałbym życie za ojczyznę”. To właśnie z tym kojarzymy naszą polską historię – z buntowaniem się przeciwko oponentom i poświęcanie swoich oraz cudzych istnień. Taka teza ma uzmysłowić innym i sobie jak bardzo taki jegomość wielbi swoją nację. Bardzo dużo osób uważa, że obowiązkiem obywatela jest chwycenie za broń i rzucenie się w wir walki by polegnąć za coś tak „chwalebnego”, jak ojczyzna. Moim zdaniem jest to skretyniałe pojęcie patriotyzmu. Patriotyzm nie polega na tym, żeby umrzeć śmiercią bohaterską, bo sztuką nie jest taka śmierć. Każdy może umrzeć w obronie czegokolwiek, czy to idei, wiary czy nawet plastikowej zabawki. Sztuką jest NIE umrzeć. Bo martwy patriota jest… jest niepotrzebny. Wiem, że to okrutne, jednak martwy człowiek (więc w tym i patriota) to tylko bryła mięsa lub bielejące kości, natomiast wartości są nadawane przez żywych. Żywy patriota to skarb, martwy patriota to tylko manipulacja, narzędzie, które może być użyte przez każdego przeciwko każdemu. Bo jeśli umrą wszyscy patrioci, to kto obroni ojczyznę przed nami samymi? Paradoksalnie poświęcenie życia jest egoistyczne. Osoba żywa jest o wiele bardziej przydatniejsza. Odbuduje kamienicę, zrobi kontrpropagandę, nawet kadłubek (osoba bez rąk i nóg) może pełnić funkcję czy to organizacyjne, logistyczne, czy nawet strategiczne. Każdy żywy (wykluczając warzywa i inne skrajne przypadki) znajdzie coś dla siebie, żeby wzmocnić czy odbudować ojczyznę. Jeśli ktoś uważa, że jego obowiązkiem jest umrzeć, to ja mam pytanie – czy na prawdę chcecie umrzeć za ojczyznę, czy może w głębi ducha zależy wam na byciu gloryfikowanym?